Test elektrycznego roweru ENGWE L20 3.0 Boost. W pełni legalny, ale ma asa w rękawie

Na rynku łamanie zasad ma zawsze sens wtedy, kiedy… no cóż, ma sens i kupujący są gotowi zapłacić za taką ekstrawagancję. Co więc powiecie na składany rower z miejskim zacięciem, ale za to z pełną amortyzacją? ENGWE L20 3.0 Boost jest właśnie takim modelem i choć na papierze wypada świetnie, to pewna grupa rowerzystów przenigdy nie powinna się nim zainteresować.
Test elektrycznego roweru ENGWE L20 3.0 Boost. W pełni legalny, ale ma asa w rękawie

Start przygody z ENGWE L20 3.0 Boost

Wielkie, ciężkie i nieporęczne. Pudło, w którym dociera do was ten elektryczny rower, nie sugeruje, ani na moment, że kryje się w nim składany model, a pełnoprawny jednoślad gotowy na podbijanie największych wzgórz w najbliższej okolicy. Przenoszenie tego pudła i odpakowywanie całości może i jest możliwe w pojedynkę, ale po prostu tego nie polecam. Nie tylko dlatego, że jest to uciążliwe, ale przede wszystkim przez fakt, że od razu po rozpakowaniu ENGWE L20 3.0 Boost wymaga utrzymywania go w pionie przez jedną osobę. Jeśli jednak przeprowadzicie całość na trawniku, to będziecie musieli martwić się tylko o ubłocenie pianek, bo firma na poważnie podeszła do zabezpieczenia wszystkich elementów.

Cały proces składania roweru do kupy nie jest z kolei zabawą na kilka minut i liczba narzędzi w zestawie jest tego idealnym zwiastunem. Musicie zamontować przednie koło na prostej ośce z nakrętkami, przedni błotnik i lampkę, metalową podstawkę z regulowaną sekcją z tworzywa sztucznego wspornik kierownicy, samą kierownicę, siodełko i wreszcie metalowe platformy pedałów. Zanim jednak się za to zabierzecie, wyciągnijcie akumulator z ramy i podepnijcie go do ładowania. Nie tylko po to, aby go “obudzić”, ale też naładować do pełna i tym samym “skalibrować”. Ostatnim krokiem jest z kolei napompowanie do poziomu 30-45 PSI obu opon z 3-m warstwą antyprzebiciową, do czego przyda wam się albo własny kompresor, albo dołączona do zestawu ręczna pompka. W tym drugim przypadku przygotujcie się jednak na kilkanaście minut machania mało wygodnej pozycji. 

Producent postarał się też o dorzucenie kilku zapasowych elementów, a w tym śrubek z podkładkami i nawet dwóch zestawów klocków hamulcowych, czyli części, które wymienia się najczęściej w toku eksploatacji. Na plus należy też wziąć obecność zamontowanego już bagażnika tylnego o udźwigu do 25 kg, dwa stabilne błotniki z twardego tworzywa sztucznego zamontowane na trzech punktach mocowania, pełne oświetlenie z funkcją światła hamowania na tyle oraz obecność dwóch kluczyków do blokowania i odblokowywania akumulatora montowanego bezpośrednio w ramie. 

Innymi słowy, na wyposażenie tego e-bike trudno narzekać, a jeśli obawiacie się deszczu lub kałuż, to najbardziej narażony na problem jest akumulator w ramie, który odznacza się stopniem ochrony IPX4, co oznacza, że niestraszne są mu bryzgi wody z dowolnego kierunku. Silnik i sterownik wypadają lepiej (IPX5), a wyświetlacz i światła jeszcze bardziej (IPX6), choć w obu przypadkach mowa nie o wytrzymaniu zanurzenia, a bryzgach wody. 

ENGWE L20 3.0 Boost w trasie

Zdjęcia mówią też same za siebie – ENGWE L20 3.0 Boost to po prostu świetnie i nowocześnie wyglądający rower. Połączenie kremowego i czarnego odcienia, którego uzupełnia srebrny kolor, to trio, obok którego nie można przejść obojętnie, a jeśli dołożycie do tego intrygującą kanciastą ramę i widoczne na pierwszy rzut oka wręcz brutalistyczne spawy, to otrzymacie coś, co zawsze będzie przyciągać na siebie uwagę. Temu modelowi daleko jest oczywiście do minimalistycznych i smukłych rowerów, co mogłaby sugerować jego składana natura.

To raczej “krążownik” na ścieżki i ulice dla rowerzystów o wzroście od 155 do 190 cm, który wytrzyma znaczne obciążenia (do 150 kg), z czego tylny bagażnik przyjmie maksymalnie 25-kg ładunek. Stosowna sakwa pozwoli wam tym samym nie tylko przewieźć zakupową torbę, ale nawet zestaw na mały piknik. W kwestiach transportowych producent zadbał też o dwie śruby montażowe na wsporniku siodełka, które są idealne do zamontowania tam stosownego uchwytu na bidon.

Mimo masywnych, bo 3-calowych opon i podwójnego systemu amortyzacji (regulowany hydrauliczny widelec i amortyzator tylny o 30-mm skoku), którym L20 3.0 Boost się wyróżnia, nie jest to w żadnym razie rower gotowy do podbijania trudniejszego terenu. Jego koła może i są bliżej tego, co znajdziemy w skuterach niż w rowerach, ale ich średnica wynosi tylko 20 cali. Znaczna grubość poprawia wprawdzie przyczepność i tłumienie drobnych nierówności, ale tak małe koła gorzej radzą sobie z pokonywaniem korzeni, kamieni czy większych przeszkód terenowych. Trudniej im “wjechać” na przeszkodę, przez co łatwiej się zakopują i wymagają więcej wysiłku na luźnym podłożu. Zwłaszcza że producent zastosował w nich bieżnik typowo drogowy, a nie terenowy.

Jak na elektryczny rower przystało, możecie liczyć na pełne wewnętrzne prowadzenie okablowania, choć nie tyczy się to zupełnie wszystkich przewodów, bo choć wiązka z kierownicy szerokiej na 680 mm jest wpuszczana bezpośrednio w dolną część ramy tuż za widelcem, to przewód do 7-biegowej przerzutki tylnej Shimano Tourney jest już prowadzony po spodniej części tylnego trójkąta ramy. Czy to problem? Wcale nie, ale to i tak szczegół warty zauważenia. Podobnie zresztą jak to, że producent ewidentnie nie oszczędzał na hamulcach, bo wprowadził do tego modelu hydrauliczne modele z 180-mm tarczami i dwutłoczkowymi zaciskami. 

Ciekawe dodatki? Tych również nie zabrakło, bo poza bagażnikiem, aż 30-watowym reflektorem, tylnym światłem, które rozjaśnia się automatycznie podczas hamowania czy dużym siodełkiem ergonomicznym, możecie też liczyć na specjalnie poszerzone i wyprofilowane uchwyty na kierownicy, wbudowany cyfrowy sygnalizator dźwiękowy czy dokładne stopnie wysunięcia kierownicy/siodełka.

Na kierownicy znalazło się tradycyjne całe centrum dowodzenia, bo poza dźwigniami obu hamulców oraz manetką Shimano SL-M315-7R, znajdziemy tam zarówno 3,5-calowy wyświetlacz LED o wysokiej jasności oraz przejrzystości, jak i kontroler z pięcioma przyciskami. Ich funkcje są jednoznaczne, ale przytrzymując plusa, aktywujecie oświetlenie roweru (informuje o tym ikonka na wyświetlaczu), a przytrzymując minusa, zapewniacie sobie wsparcie w trybie pieszym. 

Najważniejszy element roweru to oczywiście elektryczny układ napędowy. Ten składa się z akumulatora o pojemności 648 Wh (48V/13,5 Ah) z ogniwami 21700 oraz trybem BMS. Ładujemy go albo bezpośrednio w ramie, albo po usunięciu z niej (kluczyk przesuwa wielkie metalowe zabezpieczenie), korzystając z dołączonej ładowarki, która jest w stanie wtłaczać w ogniwa prąd z mocą 420 watów (54,6V/8A), dzięki czemu akumulator możemy naładować do pełna w niespełna półtorej do dwóch godzin i w godzinę z poziomu 20 do 80%. Innymi słowy, to świetny wynik, ale znacznie ciekawiej robi się w kwestii umieszczonego w piaście tylnego koła 48-woltowego silnika. ENGWE L20 3.0 Boost jest oczywiście w pełni legalny, bo jego silnik odznacza się 250-watową mocą i jest dezaktywowany po przekroczeniu prędkości 25 km/h… ale producent przygotował dla nas coś specjalnego. Mowa o przycisku Boost znajdującym się w zasięgu kciuka naszej lewej ręki.

Ten przycisk jest w oczach ENGWE wyjątkowy, bo podbija nieokreślony przez producenta typowy poziom momentu obrotowego do 75 Nm, utrzymując ciągle moc do 250 watów. Nie jest to w żadnym razie manetka gazu, a coś w rodzaju… hmm, trybu turbo na zawołanie. Pewne jest jedno – rzeczywiście podczas jazdy pod górę jego aktywacja jest odczuwalna, ale sama jego obecność była dla mnie od samego początku intrygująca. Dlatego też spytałem producenta, czy aby nie jest to ot tani chwyt marketingowy i skomplikowanie projektu dla samego skomplikowania. Nie, nie jest. Wedle ENGWE “naciśnięcie przycisku Boost tymczasowo zwiększa moc wyjściową powyżej 250 watów. Nasza konstrukcja pozostaje zgodna z przepisami, ograniczając ten skok mocy do krótkich impulsów i ograniczając prędkość do 25 km/h. Gdy funkcja Boost jest nieaktywna, moment obrotowy pozostaje na poziomie około 30 Nm“. Innymi słowy, to tak świetne rozwiązanie, że nie zdziwię się, jeśli inni producenci szybko pójdą w ślady ENGWE.

ENGWE L20 3.0 Boost na co dzień

Kupowanie składanego roweru, którego nie zamierzacie składać, to oczywiście nie najlepsza decyzja. Zacznijmy więc od razu od tego, że ENGWE L20 3.0 Boost składa się w typowy sposób, jak rowery z tej kategorii, a więc “w pół” na wielkim zawiasie dzielącym ramę na mniej więcej równą część przednią i tylną. Dodatkowo możecie też złożyć kierownicę i opuścić siodełko, więc do szczęścia brakuje tylko składanych platform pedał. W efekcie z roweru o wymiarach maksymalnych 110 × 168 zrobicie “kostkę” mierzącą 75 cm wysokości, 100 cm długości i 51 cm szerokości, która pozostaje względnie stabilna po oparciu na oponie i specjalnej metalowej podpórce pod korbami. Jednak to ciągle ponad 30-kilogramowy, a na dodatek nieporęczny sprzęt do przeniesienia o środku ciężkości przypadającym na sekcję z silnikiem i baterią, więc w moich oczach nigdy nie wybrałbym takiego roweru, gdybym musiał regularnie go składać i np. wynosić na któreś piętro.

Pomijając jednak kwestię samej mobilności po złożeniu, ENGWE L20 3.0 Boost jest jednym z ciekawych elektrycznych rowerów, jakiego miałem okazję sprawdzić przez dłuższą chwilę. Jazda po mieście, wiejskich dróżkach czy ścieżkach rowerowych poprzecinanych wystającymi krawężnikami? Bezproblemowa. Co jak co, ale podwójny system zawieszenia z grubymi oponami, to przepis wręcz idealny na wytłumianie nierówności, od których na tradycyjnych rowerach dzwonią nam zęby. Łatwiej jest też manewrować na tym rowerze w porównaniu do modeli o większych kołach, a choć wprawienie w ruch tak grubych opon i ponad 30-kg wagi do łatwych nie należy, to w miejskim środowisku nie stanowi większego problemu nawet na umiarkowanym wspomaganiu, kiedy to bardzo łatwo jest utrzymać poziom 20-25 km/h, dzięki wprawdzie prostej, ale odpowiedniej do miejskich warunków 7-biegowej przerzutce tylnej.

Nie będę jednak ukrywał, jazda po mieście na hulajnogach elektrycznych czy właśnie tego typu e-bike, na których utrzymujemy dumnie wyprostowaną pozę, nieco mnie nudzi. Co innego jest używać takiego e-bike do tego, aby regularnie pokonywać trasy do pracy, szkoły czy sklepu, a sięgać po niego w celach czysto rekreacyjnych czy (jak w tym przypadku) zawodowych. Dlatego też po rozładowaniu akumulatora do zera w środowisku miejskim (przejechałem 90 km na jednym ładowaniu), skupiłem się na sprawdzeniu ENGWE L20 3.0 Boost tam, gdzie teoretycznie nie powinien zawitać – w górach, a to – oj – była przygoda.

Mimo bieżnika, który w trudny teren zawitać nigdy nie powinien, postanowiłem poddać L20 3.0 Boost warunkom ekstremalnym. Producent wsadził przecież do tego modelu podwójną amortyzację, czujnik momentu obrotowego w miejscu typowego czujnika kadencji, specjalny przycisk Boost do podbijania wzniesień i nawet imponujące tarczowe hamulce hydrauliczne, a więc coś, co po prostu trzeba sprawdzić w trudnym terenie. Zwłaszcza że przy okazji mogłem sprawdzić, czy znaczne obciążenia roweru nie doprowadzą do powstania luzów na łączeniach. To ostatnie na szczęście nie wystąpiło, choć rower musiał stawić czoła wielu przeciwnościom, o czym możecie przekonać się na poniższym nagraniu.

W takich warunkach nie tylko zużyłem hamulce na tyle, że ten przedni zaczął popiskiwać, ale też zweryfikowałem zarówno skuteczność działania czujnika momentu obrotowego (to wręcz dodatek na wagę złota w takim scenariuszu), jak i sens przycisku Boost, który rzeczywiście zmienia zasady gry w codziennej jeździe. Nierówności były naturalnie bardzo odczuwalne, bo ponad 30-kg rower ze skromną amortyzacją nie zdziała tutaj cudów, ale za to byłem w stanie wspiąć się nawet na bardzo strome podjazdy pełne liści i kamieni, co robi już wrażenie jak na tego typu e-bike. Cała jazda po górach nie była oczywiście czystą przyjemnością, bo okazjonalnie uderzałem pedałami o ziemię lub korzenie przez mały prześwit z racji 20-calowych kół, a co wyższe przeszkody wymagały dodatkowej mocy ze strony czy to moich nóg, czy silnika, ale nie była to wyprawa z rodzaju tych niemożliwych. Chyba że liczycie na utrzymanie wyniku zasięgu na jednym ładowaniu blisko 100 km, bo w tak wymagających warunkach (aktywny piąty poziom wspomagania i ciągłe korzystanie z przycisku Boost) zasięg spada do około 30-40 km.

ENGWE L20 3.0 Boost – podsumowanie

Po co kupować składane elektryczne rowery, które są nie tylko droższe, ale też cięższe od modeli standardowych? Ano po to, aby ułatwić sobie ich przechowywanie i transportowanie. Dlatego też z definicji tego typu modele powinny być możliwie najlżejsze, a o tym w przypadku ENGWE L20 3.0 Boost możecie zapomnieć. Ten elektryczny rower może i jest mniejszy od tradycyjnego jednośladu i może zostać złożony, ale waży jednocześnie aż 33,2 kg, a więc wystarczająco dużo, aby wyeliminować z grona nabywców osoby, które muszą wyciągać rower z piwnicy, a nie ot po prostu wyjechać sobie na nim z garażu prosto na podjazd.

Jest to na tyle nieporęczny sprzęt, że trzeba mieć sporo krzepy, aby wyciągnąć go nawet z bagażnika bez ryzykowania obicia nadwozia. Część tej wagi bierze się oczywiście z największego wyróżnika modelu, a więc obecności amortyzowanego widelca i tylnego amortyzatora. Jedynym sposobem jej zmniejszenia jest z kolei odkręcenie bagażnika, podnóżki i wyjęcie akumulatora na czas transportu, ale wtedy to i tak ponad 25-kilogramowy sprzęt o dużych gabarytach. Tego typu dodatek jest jednak na wagę złota, jeśli po prostu musicie mieć koniecznie składany w pół rower.

Jeśli już największą wadę ENGWE L20 3.0 Boost mamy za sobą, to nadszedł czas na najważniejsze – czy to e-bike godny polecenia? Jeśli jesteście pewni, że jego waga nie będzie stanowić dla was problemu, to z takim elektrycznym rowerem możecie przygotować się wręcz na personalną rewolucję codziennego transportu. Zwłaszcza jeśli poruszacie się po okolicy pełnej wzniesień, bo na nich na wagę złota jest przycisk Boost oraz czujnik momentu obrotowego, który nie zrobi wam takiego psikusa, jak czujnik kadencji. Co mam przez to na myśli? Ano to, że jeśli zatrzymacie się w połowie góry, to czujnik momentu obrotowego zapewni wam wspomaganie już przy lekkim naciśnięciu pedałów, a nie dopiero wtedy, kiedy zrobicie pełen obrót korbami.  

Osobiście nie uznaję jednak tego modelu za coś świetnego do rekreacyjnych aktywności przy moim zamiłowaniu do jeżdżenia po górach, ale dostrzegam w nim spory potencjał na ciekawy weekend. Wyobraź to sobie – pakujesz go do bagażnika, przejeżdżasz kawał drogi ciekawej trasy przystosowanej dla rowerów i na koniec dnia cieszysz się nowym przejechanym odcinkiem. Dlaczego tak bardzo skupiam się na przykładach użycia tego modelu? Oczywiście nie bez powodu, bo tak się składa, że poza wspomnianą mobilnością po złożeniu, trudno jest mi dostrzec w nim obiektywne wady, jak na składany rower tej klasy.

To po prostu świetne, w pełni zgodne z europejskim prawem i bardzo dobrze wycenione (niespełna 6000 zł) miejskie wozidło z punktu A do punktu B, na którym bez problemu wyskoczycie do okolicznej wsi na przejażdżkę po lesie czy nawet rzadziej uczęszczanych ścieżkach. W tej cenie 8-amperowa szybka ładowarka i podwójna amortyzacja po prostu robią ogromne wrażenie, a co najciekawsze, każdy z nas może teraz wygrać rower za darmo. Z okazji 11 rocznicy ENGWE nie tylko oferuje specjalne dodatki do zamówień o wartości nawet 130 euro czy zniżki do 800 euro w dniach od 1 do 30 kwietnia, ale też zorganizuje specjalne losowanie wśród wszystkich zarejestrowanych.