Recenzja Xenoblade Chronicles X: Definitive Edition. Nintendo odpala petardę na do widzenia

Już za półtora miesiąca ma premierę Nintendo Switch 2, a to oznacza, że nasze poczciwe Switche czeka emerytura. Na szczęście nie odejdą w dźwiękach fanfar witających następcę, lecz świętujących zakończenie kariery z hukiem. Oto Xenoblade Chronicles X, w końcu na Switchu.
Recenzja Xenoblade Chronicles X: Definitive Edition. Nintendo odpala petardę na do widzenia

Xenoblade Chronicles X to druga gra w serii, która pierwotnie ukazała się w 2015 roku, a na jej powrót czekano całą dekadę — pomimo tego, pozostaje ona najbardziej ambitną i wielką grą w dorobku Monolith Softu. Miała jednak ogromnego pecha, gdyż jej premiera była za mrocznych czasów Nintendo WiiU. Katastrofalnej ery w historii firmy, podczas której wyszło wiele świetnych tytułów, lecz na żałośnie sprzedającej się konsoli.

Uwięziona na sprzęcie, który nikogo nie zainteresował, zdążyła zostać zastąpiona przez kolejne części cyklu oraz dodatki do nich. Bowiem w kolejnych latach po jej premierze zdążyło się na Switchu pojawić kilka sequeli, a nawet remake pierwszej części. Tak po latach niemalże komplet gier całej serii, pierwszy raz w jej historii, zebrał się na jednym urządzeniu. Do pełni szczęścia wszystkich fanów zabrakło już tylko tego jednego elementu. Brakującego ogniwa.

Czytaj też: Nintendo Switch 2 już oficjalnie. Kiedy przenośna konsola nowej generacji trafi do sprzedaży?

Oto Mira, ta planeta zachwyca i przeraża

Jak to seria ma w swoim DNA, tak i tutaj od razu gracz jest wciągany w wir ogromnej fabuły, ukazanej przy pomocy długich (może nieco za długich) przerywników filmowych. Ziemia jest na naszych oczach niszczona w trakcie konfliktu obcych cywilizacji, a jedynym ratunkiem dla Ziemian jest ucieczka w wielkich statkach odlatujących z największych miast planety. Nie każdemu się udaje w ogóle wyrwać z orbity, a nawet tym, którzy odlecieli daleko od katastrofy, historia nie dała o sobie zapomnieć. Niszczyciele Ziemi wywęszyli statki z ocalałymi i próbowali dokończyć dzieła.

Taki los spotkał i USS White Whale, lecz w przeciwieństwie do wielu, w tragedii było odrobinę szczęścia. Statek pełen uchodźców rozbił się na planecie Mira. Ogromnej lokacji, która będzie przez nas zwiedzana, na której zaskoczy nas zarówno zróżnicowana flora, jak i niebezpieczna, urocza i ogromna fauna. Oto rok 2054, witamy w New Los Angeles (NLA), gdzie główny bohater stanie się częścią organizacji BLADE. To z jej członkami będziemy mieli za zadanie odbudować ludzką cywilizację na nowej planecie.

Z perspektywy czasu, fabuła tej części nie jest szczególnie porywająca czy wyjątkowa. Na tle całej serii będzie po prostu miłym dodatkiem dla całego świata, a dla wielbicieli science fiction — niczym nowym, wręcz przewidywalnym zapychaczem czasu pomiędzy kolejnymi misjami i starciami z przeciwnikami. To niestety nie wróży dobrze dla każdego, kto oczekuje fabularnych plot twistów i zagmatwanej historii o początkach ludzkości oraz paralelnych wszechświatów przedstawionych w innych częściach serii Xenoblade. Można jednak do tego też podejść jako okazji oddania się frajdzie mechaniki i zwiedzania ogromnego świata, składającego się z pięciu kontynentów Miry.

Czytaj też: Od Mario Kart do Cyberpunka. W co zagramy na Nintendo Switch 2 w dniu premiery?

Powiew świeżości, nawet po dziesięciu latach

System walki nie zestarzał się ani na chwilę i wręcz błyszczy jeszcze bardziej niż lata temu. Jest on podobny do tego, co znają fani serii, i dalej opiera się na umiejętnościach, zwanych tutaj Artami. Można je włączać na ślepo, lecz nie będzie to przynosiło żadnej frajdy. Są one bowiem zależne od siebie i jeżeli chcemy zmaksymalizować frajdę oraz zadawane obrażenia, musimy się skupić. Dla przykładu — szybciej zostanie pokonany przeciwnik, który jest ogłuszony, lecz żeby doprowadzić go do tego stanu, trzeba najpierw przełamać jego obronę umiejętnością z efektem Brake. Jak już jest ogłuszony (Daze), możemy kontynuować combo i go powalić.

Elementem wyróżniającym ten system jest połączenie taktyki rodem z gier RPG oraz akcji. W trakcie walki bowiem można się swobodnie poruszać, a nawet zmieniać broń! Do wyboru jest walka na odległość oraz z bliska, lecz zapomnijmy o standardzie branży. Nie ma tutaj łuków, lecz… karabiny. Zaskakujące, jak dopiero rozpoczęcie przygody z Xenoblade Chronicles X zwraca uwagę na to, jak rzadko w grach RPG mamy do czynienia z bronią palną. Inny tytuł, który od razu przyjdzie do głowy, to Fallout czy Mass Effect, lecz na tle całej branży, to wciąż zaskakująco niewiele. Z tego powodu walka wydaje się dodatkowo odświeżająca.

Czytaj też: Recenzja Assassin’s Creed: Shadows. Japoński asasyn – spełnienie marzeń czy wielkie rozczarowanie?

Z czasem dojdzie kolejny element układanki, który jeszcze bardziej rozszerza nie tylko eksplorację świata, ale i arsenał bohatera. Już w pierwszej godzinie gry nasza wyobraźnia zostanie rozpalona widokiem ogromnych mechów. Och, jak przyjemnie by było w nich polatać! Psst… modły zostaną w końcu spełnione, lecz przyjdzie na to niestety poczekać. Cudowne Skelle zostaną w końcu oddane do naszego użytku, a wraz z nimi nowe możliwości. Wtedy zyskuje i system walki, zrobi się trochę bardziej skomplikowanie, chociaż weterani serii nie powinni mieć z tym problemu, szczególnie po dwóch ostatnich tytułach Xenoblade Chronicles 2 i 3.

Wiele radości, trochę żalu

Xenoblade to seria, która od pierwszego tytułu zachwyca gracza ogromem świata do zwiedzania. Nie inaczej jest i tym razem. Wielkie polany, przepiękne lasy i szczyty gór czekają na to, aby je zwiedzać w akompaniamencie jak zawsze zachwycającej muzyki, która w tej części odbiega od fantasy klimatów, na rzecz miejskich rytmów kojarzących się bardziej z Personą niż Xenobladem. Niemniej, zwiedzając Mirę, łatwo jest zrozumieć, dlaczego Nintendo tak bardzo właśnie temu zespołowi zaufało, gdy zostali zaproszeni do współpracy przy tworzeniu The Legend of Zelda: Breath of the Wild i Tears of the Kingdom.

Czytaj też: Death Stranding 2: On the Beach z datą premiery! Ładujcie pady, gra roku nadchodzi

Jest po prostu zniewalająco pięknie i żywo. Oczywiście, to są współczesne standardy, już chyba nikt nie oczekuje pustych przestrzeni z pojedynczymi przeciwnikami, którzy nie mają żadnego sensu pod kątem środowiska mapy. To jednak nie oznacza, że nie da się po prostu poddać zachwytowi. Szkoda tylko, że niestety gra padła ponownie ofiarą własnego systemu.

Nikogo nie zdziwi informacja, że gra nie działa płynnie przez całą przygodę. Żeby chociaż przerywniki filmowe działały jak należy, ale nawet one (na przykład wewnątrz miasta) potrafią chrupnąć. Tak też jest w trakcie walk i innych teoretycznie wymagających sytuacjach. Cóż, szczęście w nieszczęściu, że nie są to nagminne wydarzenia w perspektywie dziesiątek godzin w grze. Bardziej smuci fakt, że już o tych wielu lat bytu Switcha, całkowicie zaniknęło dawne „Nintendo Quality”, które za starych czasów by sobie na to nie pozwoliło. No i pocieszający jest również fakt, że z całą pewnością na Switchu 2 będzie wszystko pracowało tak, jak tego można oczekiwać.

Czytaj też: Wojna konsol dobiega końca? Zaskakujący ruch giganta branży

Pozycja obowiązkowa w każdej kolekcji

Premiera Xenoblade Chronicles X: Definitive Edition na Switchu to ogromny powód do świętowania. To chyba już ostatni tytuł, który potrzebował ratunku z otchłani zapomnienia WiiU. Co więcej, jego dodatek do kolekcji Nintendo Switcha, sprawia, że na jednym systemie są już dostępne wszystkie gry Monolith Softu z tej serii. Jest ona rarytasem dla każdego fana akcji, RPG, japońskiego kunsztu i po prostu dobrej zabawy. Szczególnie, że z czasem tylko zyska na wartości, gdy już Switch 2 na stałe się zadomowi u obecnych właścicieli jeszcze obecnej generacji konsol Nintendo.

Pomimo swoich mankamentów technicznych i niewyszukanej, sztampowej fabuły, ta gra to czysta przyjemność, której chce się jak najwięcej. Przypomina, dlaczego tak bardzo się lubi tę formę rozrywki i jak utalentowani ludzie, są zdolni ucisnąć ogromne światy nawet na słabym sprzęcie. To, co wyczynia Monolith Soft z konsolami Nintendo, jest niepojęte — i każdą ich grę można polecić z czystym sumieniem. Xenoblade Chronicles X nie jest wyjątkiem, jest wręcz potwierdzeniem reguły, że z nimi nie da się zbłądzić.